
Każdy z moich wpisów powstaje wtedy, kiedy jakaś myśl zakiełkuje pod wpływem chwili.
Nie wymuszam tematów, bo „taki jest klimat” czy okazja. Bywa, że moje refleksje zbiegają się z tym, co dzieje się w kalendarzu czy szerzej — w świecie — ale nie jest to moją intencją.
Piszę ze swojej perspektywy, zestawiając własne doświadczenia z tym, co przeczytałam lub usłyszałam. Nie narzucam jednego stanowiska — raczej zostawiam przestrzeń, punkt wyjścia do własnych rozważań.
I dzisiaj wraca Eremita.
Przyznam, że nigdy nie była to moja ulubiona karta. Przez długi czas była dla mnie niemal synonimem samotności. A kiedy samotność naprawdę mnie dotykała — taka, która mrozi od stóp do głów — jego obecność w rozkładach nie dodawała otuchy.
Podobnie było ostatnio.
Gorszy moment psychiczny, poczucie izolacji związane z moją sytuacją życiową — samotne wychowywanie autystycznego, niewerbalnego dziecka — i znowu sięgnęłam po karty, żeby „obgadać” rzeczywistość.
I znowu — jak zawsze przy Eremicie — pojawił się smutek. Może już nie tak intensywny jak kilka lat temu, ale jednak wyraźny. Coś na kształt rozczarowania brakiem „zwrotu akcji” w moim życiu.
Ale ta karta nie dawała mi spokoju.
Wracała myślami przez kolejne dni, aż w końcu dotarło do mnie, że patrzę na nią bardzo płasko.
To olśnienie przyszło w zupełnie zwyczajnym dniu.
Dniu pełnym działania — ogarnianie ogrodu po zimie, koszenie trawy, wyrywanie chwastów. W międzyczasie zrobiłam sobie małe domowe spa — od stóp do głów. Coś, co zawsze odkładałam „na później”, mając gotowe wymówki.
Pojawił się też nowy rytuał pielęgnacyjny, kosmetyki, które — według producenta — działają nawet na poziomie obniżania stresu w skórze. Brzmi jak marketing, ale dla mnie — w tym momencie — to był mały luksus i forma troski.
I jeszcze jedno: pierwszy raz w życiu sama pofarbowałam włosy.
Z efektem, który mnie naprawdę zaskoczył.
I właśnie w tym wszystkim przyszło zrozumienie.
Eremita nie mówi: „będziesz sama”.
On mówi: „zajmij się sobą”.
Przy moim Księżycu w Rybach w 6 domu przez lata byłam w ciągłym ruchu „dla innych”. Pomaganie, reagowanie, bycie dostępną. I nawet pojawiał się smutek, kiedy nie było komu tej energii oddać.
Dlatego pierwsze skojarzenie, które przyszło mi do głowy przy tym nowym spojrzeniu na Eremitę, to było słowo: egoizm.
Zdrowy egoizm.
I to słowo jest tutaj kluczowe — zwłaszcza dla osób, które mają naturalną tendencję do bycia dla innych, ale nie dla siebie.
Bo w momencie, kiedy przestajesz dawać ponad miarę, dzieje się coś bardzo ciekawego.
Otoczenie zaczyna się zmieniać.
Niektóre relacje się rozluźniają. Niektóre znikają.
I nagle widać wyraźniej, które z nich były oparte na prawdziwej wymianie, a które raczej na jednostronnym przepływie.
To może być niewygodne odkrycie.
Ale też bardzo oczyszczające.
Bo zaczynasz rozumieć, że nie każda relacja jest warta podtrzymywania za wszelką cenę. I że brak ochoty na kontakt nie zawsze jest problemem — czasem jest informacją.
Eremita w tej odsłonie pokazuje coś jeszcze.
Budowanie relacji ze sobą.
Takiej, której nikt z zewnątrz nie jest w stanie podważyć.
To zmienia sposób myślenia, formułowania zdań, stawiania granic.
Zmienia też to, jak dbamy o siebie — nie od święta, ale na co dzień.
Po kilku latach obecności tej karty w moich rozkładach zaczynam rozumieć, o co w niej naprawdę chodzi.
To nie jest zapowiedź: „będziesz sama, bo taka karma”.
To jest etap.
Czas na poznanie swoich potrzeb.
Na nauczenie się bycia po swojej stronie.
Bo dopiero wtedy — kiedy ta relacja wewnętrzna jest zbudowana — można naprawdę spotkać drugiego człowieka.
Nie z poziomu braku, ale wyboru.
Samotność w Eremicie nie jest wyrokiem.
Jest przestrzenią.
I od nas zależy, czy stanie się pustką, czy miejscem, w którym zaczynamy naprawdę widzieć siebie.