
W astrologii dużo mówi się o pełniach i nowiach.
Jedni wywracają oczami, inni obserwują je z fascynacją, a jeszcze inni po czasie orientują się, że dokładnie w okolicach lunacji wydarzyło się coś ważnego.
I nie — nie chodzi tutaj o magiczne „wszyscy dziś płaczą, bo pełnia”.
Lunacje zaczynają robić się naprawdę ciekawe dopiero wtedy, gdy dotykają ważnych punktów naszego horoskopu urodzeniowego.
Pełnia czy nów same w sobie nie „robią wszystkim tego samego”.
To, w jaki sposób odbieramy dane zjawisko, zależy przede wszystkim od tego, gdzie wypada ono w naszym horoskopie urodzeniowym i jakie punkty aktywuje.
Jeśli lunacja dotknie ważnej planety, osi horoskopu albo aspektu, który już sam w sobie ma duże znaczenie w naszym radixie — bardzo trudno, by nie przełożyło się to na konkretne wydarzenia lub wyraźne emocjonalne doświadczenia.
I właśnie dlatego tak fascynuje mnie obserwowanie pełni i nowiów w praktyce.
Bo często działają one jak astrologiczny zapalnik. Odpalają coś, co już wcześniej było zapisane w potencjale horoskopu.
Pełnia zwykle mówi o kulminacji.
O momencie dojrzewania sprawy.
O czymś, co osiąga swój szczyt i wydaje owoc.
Nów działa zupełnie inaczej.
To początek. Inicjacja. Wejście w nową sytuację, na którą często nie jesteśmy jeszcze do końca gotowi.
I obie te energie miałam okazję obserwować bardzo wyraźnie we własnym życiu.
U mnie pewna pełnia w Raku ustawiła się w ścisłej kwadraturze do bardzo ważnego aspektu w moim horoskopie — opozycji Wenus i Saturna.
Sama aktywowała przy tym domy kardynalne związane z rodziną, odpowiedzialnością i relacjami.
Uff…
Mamy więc konkretne składniki astrologiczne. Co można z tego upiec?
Do brzegu zatem.
Owy piątek z pelnią w Raku nie był dla mnie łatwy emocjonalnie. Bardzo mocno wróciły przemyślenia dotyczące wychowywania dziecka z niepełnosprawnością, jego przyszłości i mojego własnego poczucia odpowiedzialności. Saturn — jako władca 5 domu — dał tutaj o sobie znać wyjątkowo wyraźnie.
Jednak najważniejszym wydarzeniem związanym z tą pełnią była pierwsza rozprawa sądowa dotycząca mojego dziecka.
I właśnie tutaj doskonale widać symbolikę pełni jako momentu kulminacyjnego.
Pełnia w Raku, ustawiająca się w kwadraturze do urodzeniowej opozycji Wenus/Saturn, uruchomiła potencjał zapisany w horoskopie:
starcie dwóch stanowisk, napięcie, konieczność konfrontacji z rzeczywistością i wydarzenie zewnętrzne, którego nie dało się już „odsunąć na później”.
To był moment szczytu. Rozegrany na moją korzyść.
Dla równowagi warto wspomnieć również o nowiu, bo jego energia działa zupełnie inaczej — choć równie konkretnie.
Nów, który wyjątkowo utkwił mi w pamięci, przypadł wiosną 2020 roku dokładnie na szczycie mojego 7 domu, czyli Descendencie— miejscu związanym z relacjami, partnerstwem i ludźmi, których wpuszczamy do swojego życia.
Był to moment, kiedy jeszcze dość optymistycznie podchodziłam do portali randkowych i z otwartą głową zawierałam nowe znajomości. Większość rozmów kończyła się jednak zwykle na kilku wiadomościach i niezobowiązującym „co tam?”.
I wtedy pojawił się on.
Dokładnie w czasie marcowego nowiu 2020 roku — tego samego okresu, gdy świat zatrzymał się przez pierwszy lockdown związany z pandemią.
Nagle coś, co do tej pory funkcjonowało głównie w przestrzeni online, zeszło na poziom realnego doświadczenia. Człowiek z krwi i kości. Emocje z krwi i kości. Spotkania, rozmowy, konkretna obecność drugiej osoby.
Co ciekawe, sam nów nie był tutaj jedynym sygnałem.
Już wcześniej mój horoskop pokazywał, że życie osobiste może zacząć nabierać kolorów. W tym samym czasie progresywny Księżyc wędrował przez ognistego, randkowego Lwa, tworząc harmonijny aspekt do bardzo ważnej pary planet w moim horoskopie — Wenus i Saturna.
I właśnie o to chodzi w obserwowaniu lunacji.
Same pełnie i nowie rzadko działają „znikąd”. Najczęściej aktywują coś, co już istnieje w horoskopie urodzeniowym lub progresjach. Działają jak zapalnik, który uruchamia konkretny potencjał i dopina wydarzenia w czasie.
W moim przypadku nów był właśnie taką astrologiczną „wisienką na torcie”. Uściślił moment wydarzenia. Otworzył drzwi do nowego doświadczenia.
Inna sprawa, że Solariusz dość wyraźnie pokazywał, iż nie będzie to relacja rozciągnięta w czasie. I to też jest ważna lekcja astrologii — nie każda znajomość pojawiająca się pod wpływem nowiu ma być „na zawsze”.
Czasem chodzi po prostu o doświadczenie.
O rozpoczęcie nowego etapu.
O wejście w sytuację, która coś w nas poruszy lub zmieni kierunek naszego myślenia.
I chyba właśnie dlatego obserwowanie pełni oraz nowiów jest tak fascynujące.
Bo potrafią bardzo precyzyjnie pokazać moment, w którym horoskop urodzeniowy zaczyna „żyć” poprzez konkretne wydarzenia.
Nie każda pełnia wywróci życie do góry nogami.
Nie każdy nów przyniesie nową miłość.
Ale kiedy lunacja dotknie właściwego miejsca horoskopu — człowiek naprawdę zaczyna rozumieć, że astrologia potrafi mówić konkretnym językiem wydarzeń.
Leave a comment