10 Monet – część uzupełniająca. O gerberze i wyjściu z sytuacji


Jakiś czas temu napisałam już jeden wpis o 10 Monet w Tarocie. Mimo to mam poczucie, że jest to karta, która nie wyczerpuje się w kilku podręcznikowych hasłach: „szczęście rodzinne”, „majątek”, „spełnienie materialne” czy „domknięcie cyklu”. Wszystko to jest prawdą – a jednak pozostawia pewien niedosyt.


Moje pierwsze, bardzo konkretne skojarzenie z tą kartą pojawiło się pewnego dnia, kiedy 10 Monet wypadła mi jako karta dzienna.
Tego poranka okazało się, że moje klucze do domu… pojechały z moją siostrą do pracy. Zostawiłam je w jej samochodzie, a ona – wychodząc – zamknęła dom z zewnątrz. Ja natomiast miałam zaprowadzić dzieci do szkoły. Przez chwilę wyglądało to więc tak, jakbyśmy zostali w środku bez możliwości wyjścia.
Na szczęście w ogrodzie znalazły się zapomniane klucze do furtki. Dzięki nim mogliśmy wydostać się z domu, a dzieci nawet się nie spóźniły.


Od tamtej pory 10 Monet zaczęła kojarzyć mi się z bardzo konkretnym doświadczeniem: znalezieniem wyjścia z sytuacji, która na pierwszy rzut oka wydaje się zamknięta.
Mimo to cały czas czułam, że znaczenie tej karty sięga gdzieś dalej.


I tak było aż do dzisiejszego poranka.


10 Monet znów pojawiła się jako karta dnia.

Pomyślałam więc tylko tyle, że dzień pewnie upłynie spokojnie – może nawet uda się wyjść na spacer.
Podczas przygotowywania śniadania przypomniałam sobie jednak o gerberze, która zimuje u mnie w domu. To roślina, która jeszcze niedawno walczyła na dworze o to, by nie przemarzła i najwyraźniej nie uznała końca swojego sezonu. Wciąż wypuszcza nowe liście i pąki, jakby uparcie trzymała się życia.
Postawiłam ją w kuchni, żeby przyjrzeć się jej bliżej.
Niestety mimo nowych przyrostów coś wyraźnie ją podjadało. Najpierw podejrzewałam pająki, ale kiedy zaczęłam oglądać liście od spodu, znalazłam winowajców: dwie gąsienice, niemal idealnie wtopione w zielone liście.
Po ich usunięciu przycięłam zjedzone fragmenty rośliny, licząc na to, że szybko odrobi straty.
I wtedy przyszła do mnie myśl, która chyba najlepiej oddaje sens 10 Monet.

10 Monet w talii Rider-Waite( dla przyp9mnienia) –Na pierwszym planie siedzi stary człowiek w płaszczu.
Nie jest on w centrum życia rodziny.
Nie rozmawia z dzieckiem.
Nie stoi z parą w łuku bramy.
On siedzi trochę z boku, jak obserwator.
To sugeruje, że:
cykl życia już się wypełnił
coś zostało zbudowane i przetrwało
To jest raczej spokojna kontynuacja niż triumf.Czyli system życia.
Bezpieczeństwo pochodzi nie z jednej osoby, ale z:
struktury
relacji
ciągłości
To jest bezpieczeństwo typu:
„Życie działa, bo istnieje pewna sieć.”


Ta karta bardzo często pokazuje uratowanie zasobów. Nie zawsze chodzi w niej o spektakularne bogactwo czy wielkie nagrody. Czasem chodzi po prostu o to, że znajdujemy rozwiązanie wystarczająco dobre, by zatrzymać straty.


Materia zostaje ocalona.


Czas zostaje ocalony.


Potencjał przyszłego wzrostu pozostaje nienaruszony.


Tak jak z kluczami tamtego poranka.
Tak jak z gerberą dzisiaj.


Straty zostały zatrzymane – a życie może toczyć się dalej.
Co ciekawe, dzisiejsza 10 Monet zbiegła się jeszcze z jednym powrotem. Przy Merkurym w retrogradacji wracam po kilku miesiącach przerwy do prowadzenia bloga.
Można więc powiedzieć, że ta karta otworzyła kolejne drzwi.
Witajcie więc ponownie, drodzy czytelnicy.
Postaram się, aby nowe wpisy były dla Was równie interesujące jak te wcześniejsze.

Koło Fortuny – jedyną stałą jest zmiana lub inaczej –

…Koło Fortuny – niespodzianki, deszcz i wpłaty, których nie spodziewałam się w październiku.

Koło Fortuny to jedna z tych kart, które w moich rozkładach pojawiają się raczej rzadko. Dziś jednak trafił się wyjątkowy dzień – wyskoczyło jako karta dnia. Może więc pora trochę o niej napisać i podzielić się, co oznacza w praktyce.

Jak kiedyś przeczytałam na forum, parafrazując użytkownika Arbogasa: „Koło przynosi zdarzenia, które nie trwają długo.” Od siebie dodam – i z czym spotykam się w literaturze – że to zdarzenia okresowe, od czasu do czasu, na które nie mamy wpływu.

Doskonałym przykładem była moja dzisiejsza wizyta u lekarza, na którą czekałam miesiąc. Rano telefon: niestety termin trzeba przełożyć na listopad, bo pielęgniarka zachorowała. Klasyczne Koło Fortuny – wydarzenia od nas niezależne, które zmieniają plany w jednej chwili.

Podobnie było ze spacerem po lesie. Od dwóch tygodni chodzimy z koleżanką codziennie – pogoda jak na październik była wyjątkowo stabilna… aż do dziś. Deszcz złapał nas kilka metrów od samochodu, więc zamiast spaceru – odwrot i plan na herbatę w domu. A potem przyszło niespodziewane: wpłata na koncie, której się nie spodziewałam, a która od czasu do czasu pojawiała się w przeszłości. Typowe Koło Fortuny: najpierw “przekręt”, potem “niespodzianka”.

A jak Koło Fortuny działa w relacjach? Tu też rządzi cyklem. Może przynieść kogoś nowego w naszym życiu, ale równie szybko może zniknąć. Jak pisze Hajo Banzhaf, sytuacje symbolizowane przez tę kartę nigdy nie trwają wiecznie – mają swoje wzloty i upadki. Jodorowski dodaje, że Koło uczy płynności i akceptacji zmian – czasem warto po prostu obserwować i pozwolić, by życie toczyło się swoim rytmem.

Podsumowując: Koło Fortuny to karta neutralna. Może zaskoczyć nas w każdą stronę – od drobnych irytacji po miłe niespodzianki. Ale zawsze podlega cyklowi, a jego przesłanie jest jasne: życie to taniec zmian, a my jesteśmy częścią tej nieustannej rotacji.

9 Buław, czyli: „…i co jeszcze?…”

9 Buław to bardzo „zabawna” karta. Piszę to oczywiście z przekąsem, ale summa summarum – na końcu zawsze zostaje coś do opowiedzenia jako anegdota.

Karta pojawiła się niedawno w moim rozkładzie dziennym, dokładnie na dzień wylotu na wakacje do Polski. Rozpoczynając ten dzień, byłam świadoma, że „a hoj przygodo” nabierze dziś nowego znaczenia.

Zaczęło się od powrotu po fotelik (a właściwie poddupnik) dla mojego siostrzeńca. Już siedzieliśmy wygodnie w taksówce, zmierzając na dworzec autobusowy, gdy nagle okazało się, że fotelik jednak z nami nie jedzie… więc dodatkowa runda, żeby go zgarnąć.

Na lotnisku wszystko szło zgodnie z planem. Prawie. Moje dziecko zdążyło zrobić zakupy książkowe, ale w drodze do bramki (otwartej pół godziny wcześniej, niż wskazywał rozkład na tablicy odlotów) dorwało automat z kartami do gry i przyssało się do niego jak ośmiornica. Odejście bez zakupu nie wchodziło w grę.

Sam lot – całkiem przyjemny. Nawet dotknęliśmy pasa lotniska w Lublinie… by ponownie wzbić się w powietrze! Przeżycie lepsze niż na rollercoasterze. Na szczęście po 10 minutach udało się już w pełni wylądować.

A samochód z wypożyczalni? Trafił nam się całkiem wypasiony AMG, w dodatku ze zniżką ponad 50% (polecam gorąco Lucky Dip w Sixt!).

Także z 9 Buław naprawdę nie można się nudzić. 🙂

Rycerz do zadań specjalnych

Tak mi się szwendają gdzieś ci czterej osobnicy – i do tej pory nie wspomniałam o nich w moich wpisach. A powinnam, bo warto. Wiem, że karty dworskie sprawiają trudność na samym początku – jak odróżnić Króla od Rycerza w praktyce? Albo od Królowej czy Pazia?

Rycerz ma zawsze jakiś swój interes. I to niezależnie, czy Monetowy, Kielichowy, Buławiany, czy Mieczowy. Każdy z nich na swój sposób jest egoistą. Ma coś, o co chce zawalczyć – bo jak wiadomo, Rycerze są na usługach Króla i nie posiadają jeszcze swojej ziemi ani królestwa. Muszą się o to dopiero postarać. Będąc w niższej randze, wiadomo, że z doświadczeniem u nich różnie, więc zdarzają się im mniejsze lub większe wpadki, koślawe ruchy.

RWS Tarot

W literaturze najwięcej czerwonych flag zdobywa Rycerz Kielichów. To ten, który “skacze z kwiatka na kwiatek” i “kocha być zakochanym”. Ale co jeśli rozkład nie dotyczy uczuć? Wpadła mi złota myśl, że karta określa osobę, która się podlizuje. Stara się pozyskać przychylność poprzez miłe gesty. I tu przychodzi mi na myśl anegdota o pewnym radkowiczu z okresu Covida, który wkradł się w moje łaski poprzez pozyskiwanie ulubionych gotowych dań dla mojego dziecka. Zresztą, cały okres tej szumnej znajomości opierał się na różnych gestach zdobywających moje serce. Karty ani Losu nie oszukasz – mężczyzna ten wyszedł w rozkładzie właśnie jako Rycerz Kielichów. Wiedziałam, że sprawa nie potrwa długo, a Rycerz owy zmienił obiekt zainteresowania… na moją siostrę.

Druga sprawa – mama miała niedawno pretensje, że karta dnia jakoś jej się nie zrealizowała zgodnie z tym, o czym jej mówiłam. Dopiero jak rozłączyłam się po rozmowie, przyszła mi myśl, że tego dnia to ja byłam jej Rycerzem Kielichów – i podlizywałam się poprzez zaoferowanie pomocy przy zakupie staników. Aż się sama uśmiechnęłam krzywo pod nosem.

A co z resztą tarotowych Rycerzy?

RWS Tarot

Rycerz Mieczy to awanturnik. Według Hajo Banzhafa przynosi świeży powiew powietrza, nowe spojrzenie na sprawy. Fakt – jeśli mieliśmy jakiś plan, swoje stanowisko w danej sprawie, to Rycerz perfekcyjnie wszystko… rozpierdzieli. W karcie dnia pokazał niejednokrotnie niezapowiedzianego gościa, który jednocześnie dostarczył nerwów i stresu – Miecze to przecież procesy mentalne: nerwy, wątpliwości, strach, niepokój, lęk czy stres.

Rycerz Mieczy często pojawia się wtedy, gdy potrzebujemy zmiany – ale niekoniecznie jesteśmy na nią gotowi. On nie pyta, czy masz wolne miejsce w grafiku. Przychodzi jak deadline, który „przecież był za tydzień!!!”.

Kiedy pojawia się w rozkładzie:

Nie wdawaj się w niepotrzebne dyskusje.

Zrób kopię zapasową nerwów.

Sprawdź, czy to, co mówisz, naprawdę trzeba mówić.

I może nie dziel się tym super „szczerym feedbackiem”, bo nie każdy jest gotów na Twoją prawdę objawioną (ani Ty na ich odpowiedź).

A jeśli Rycerz Mieczy wyjdzie jako ktoś z zewnątrz? To jakby Tarot chciał ci szepnąć:
„Ten człowiek przyszedł się pokłócić. A nie po to, by cię zrozumieć.”

Nikt nie ruszy nerwa lepiej niż Rycerz Mieczy.

RWS Tarot

Rycerz Buław wydawałby się przyjemną odmianą – to ten z błyskiem w oku, atrakcyjną aparycją i pewnością siebie. Ten, który grzeszy spojrzeniem, śmiało flirtuje. Pewny siebie i tego, co robi. Jednak Rycerz pozostanie Rycerzem – i nawet Buławiany potrafi strzelić gafę i źle wyczuć moment na swoje działanie. Grunt jednak, że działa i się nie poddaje.

Rycerz Buław oznacza poryw, inspirację, entuzjazm, przygodę, zryw – ale też impulsywność, pośpiech i brak stabilizacji. To ekstrawertyk, który działa szybko, by zrealizować swój cel, czasem zanim zdąży go przemyśleć. Może być obrazem persony, która chce być postrzegana jako „silna, odważna, niepowstrzymana”, ale w głębi może unikać konfrontacji z własną słabością.

I tu się zatrzymam z drobną dygresją na temat, jak owa karta zrealizowała się u mojej mamy. Z racji cotygodniowych wypraw do weterynarza na kroplówkę z psem, mama prosi o pomoc sąsiada i jeździ z nim do pobliskiego miasta. Wyjazdy standardowe, ale… owego dnia Rycerz Buław pokazał sąsiada jako Rycerza Buław. Mianowicie – wracając z wizyty, postanowił obskoczyć dwa sklepy i zrobić zakupy, mimo sporego upału (który, wg mojej mamy, dawał się mocno odczuć jej psu). Mama w rozmowie ze mną stwierdziła, że normalnie mogli wrócić do domu i sąsiad mógł pojechać sam, a nie wszystko załatwiać za jednym podejściem (zwłaszcza że pogoda nie sprzyjała, by siedzieć z psem w aucie i czekać, aż skończy on zakupy). Typowy Buławiany typ – zrobi, zanim pomyśli. Mimo najlepszych chęci, może wyjść… tak sobie.

RWS Tarot

Nie mniej ważny pozostaje na końcu Rycerz Monet. Cierpliwość to jego drugie imię. Rycerz Monet niesie ze sobą żywioł ziemi – tego, co konkretne, trwałe, namacalne. I choć Rycerz kojarzy się z ruchem, w jego przypadku mamy do czynienia z paradoksem: oto postać, która idzie, ale nigdy się nie spieszy; działa, ale nigdy impulsywnie; buduje, ale nie w blasku fleszy.

Rycerz Monet według Hajo Banzhafa to uosobienie rzetelności i cierpliwości. To człowiek, który rozumie wagę drobnych kroków, systematycznych działań, regularnych obowiązków. W świecie opętanym prędkością i natychmiastową gratyfikacją, Rycerz Monet może wydawać się wręcz anachroniczny – jak ktoś, kto uprawia pole wołem, gdy inni pędzą w rakiecie. A jednak to właśnie on potrafi stworzyć coś, co przetrwa. Jego siła tkwi nie w spektakularnych czynach, lecz w codziennej obecności i konsekwencji.

Pamiętać należy, że Rycerz jest Rycerzem – więc przez jego dosyć cenione przymioty przebija też: pracoholizm, konserwatyzm, upór, nieumiejętność odpuszczenia. Może symbolizować osobę, która nie potrafi wyjść poza rutynę, trzyma się znajomego, nawet jeśli to nie służy jej rozwojowi. Typowy „zawalony obowiązkami”, który żyje według listy rzeczy do zrobienia.

Mam też wrażenie, że Rycerz Monet pokazuje kogoś, kto musi udowodnić swoją wartość, poświęcić czas, by uzyskać pożądaną gratyfikację. Kogoś będącego na stażu, uczącego się i szlifującego swoje umiejętności.

Jak podają źródła – Rycerze to też często osoby, które pojawiają się w naszym życiu od czasu do czasu. Randkowicz wychodzący w karcie Rycerza nie ma jeszcze żadnego planu na związek – nawet Monetowy, któremu po prostu brakuje fantazji i bardziej ceni przyjaźń niż kochanie. Stąd – jeśli widzę Rycerza w rozkładzie, wiem, że trzeba mieć na niego oko. Bo ma on swoją agendę za pazuchą.

Cesarz i jego mowa ciała

Do Cesarza mam sentyment, choć w rozkładach moich klientek nie pokazuje różowych sytuacji. Cesarz – jak podaje tarotowa literatura – oznacza ogólnie władzę. Władzę absolutną. Nie ma w całym zestawie kart Tarota drugiej takiej karty. Jeśli Cesarz postawi swoje granice, nakreśli plan – nic nie jest w stanie zmienić jego postawy.

Na użytek swoich rozkładów nazywam tę kartę: „Po mojemu albo wcale”. A skojarzenie wzięło się z pewnego rozkładu, w którym mąż klientki pokazał się właśnie jako Cesarz. Rozkład kładziony był w momencie, gdy małżeństwo wisiało na włosku, a klientka chciała wiedzieć, dokąd prowadzi cała sytuacja.

Mąż miał zupełnie odmienne spojrzenie na małżeństwo i na status współmałżonki w tej relacji. Oczekiwał zupełnego podporządkowania się jego planom – kosztem nawet zdrowia żony. (Kobieta, po kilku poronieniach, cudem urodziła jedno dziecko. Mąż, zachęcony tym „cudem”, oczekiwał kolejnego potomka). Sam wniósł o rozwód, kiedy kobieta zdecydowała się na pewien poziom niezależności i wróciła do aktywności zawodowej.

Cesarz jest również archetypem ojca. W jego mniemaniu dba o otoczenie i sam wie najlepiej, co jest dla każdego najlepsze – a jego decyzje są niepodważalne i nienegocjowalne.

Cesarz zbuduje sztywne normy, zasady, które mają zapewnić bezpieczeństwo – i nie bez powodu karcie patronuje cyfra 4, oznaczająca strukturę i zamknięty obieg.

Cesarz to stanowczość. Asertywność. Reguły. Dyscyplina. Tam, gdzie bujnie Cesarzowa rozpościera swoją hojność i obfitość, Cesarz postanawia zebrać to wszystko w garść i nadać kształt. To bardzo obrazowe zestawienie pojawia się w książce Hajo Banzhafa i idealnie oddaje charakter tej tarotowej pary.

Cesarzowa porównywana jest często do Matki Natury – pełnej kaprysów i nieprzewidywalności. U Cesarza „czarne” jest „czarne” i nie ma stanów pośrednich. Nie ma miejsca na dyplomację – liczy się ego.

Jeśli pytamy o osobę i wyjdzie ona w karcie Cesarza – to bądźmy pewni, że zostaniemy wtłoczeni w odpowiednie ramki i obsadzeni w konkretnych rolach.

Cesarz to strateg. Cała jego postawa to bardzo ciekawe studium i warto zwrócić na nie szczególną uwagę.

Na pierwszy rzut oka Cesarz w talii Rider–Waite–Smith (na tej talii opieram się w swojej praktyce) może wydawać się bierny: siedzi, nie wykonuje żadnego gestu, nie patrzy dramatycznie w bok, jak niektóre inne postaci. A jednak jego mowa ciała mówi wszystko. To nie figura spoczynku. To figura absolutnej kontroli i obecności – ciało ujęte w ramy, ale pełne potencjalnej siły.

Ciało jako twierdza.

Cesarz siedzi frontalnie, w sposób niemal sztucznie prosty, kwadratowy. Jego plecy są wyprostowane, ramiona szeroko rozstawione – bez napięcia, ale i bez miękkości. Nie ma w nim ani zaproszenia, ani podatności. To żywa granica, ludzki mur, który mówi:
„Tutaj się zaczynam, tu się kończę – i ty też wiesz, gdzie jest twoje miejsce.”

Nie ma w tym ciele przestrzeni na kompromis. Nie ma zawahania. Jest zasada.

Rozstawione nogi – manifestacja terytorium.

To, co najbardziej przykuwa uwagę w jego postawie, to szeroko rozstawione nogi, mocno oparte na ziemi, w lekkim rozkroku. To język władzy, znany z psychologii mowy ciała: zajmowanie przestrzeni sygnalizuje dominację, pewność siebie i brak zagrożenia.

Cesarz nie tylko siedzi na tronie – on rozszerza się poza niego. Jakby mówił:
„Ten tron to nie wszystko – całe to królestwo to też ja.”

W tej postawie nie ma próby skromności. Wręcz przeciwnie – to demonstracja obecności. Cesarz nie musi się ruszać, by rządzić – jego sam sposób siedzenia komunikuje siłę, która nie potrzebuje potwierdzenia z zewnątrz.

Nieruchomość jako narzędzie kontroli

Nieruchomość ciała Cesarza to nie pasywność – to opanowanie. Siedzi jak ktoś, kto nie może sobie pozwolić na utratę kontroli, bo to właśnie on tworzy ramy, w których inni mogą działać.

Jego ciało nie szuka kontaktu – jest zakończone, zamknięte w sobie, jak twierdza. Ale to właśnie z tej stabilności czerpie władzę.

Nie okazuje emocji, nie robi gestów. Nie musi – bo jego funkcja to utrzymanie porządku, nie relacja.

W Tarocie Cesarz często symbolizuje strukturę, autorytet, granice, ojcowską energię. Jego ciało odzwierciedla to doskonale:

Szeroki rozstaw nóg mówi: „Nie zbliżaj się za bardzo.”

Frontalna postawa mówi: „Widzę cię. Nie zaskoczysz mnie.”

Nieruchomość mówi: „Nie poddaję się nastrojom. Jestem stały.”

Ale jest też druga strona tej postawy. Gdy energia Cesarza staje się zbyt sztywna, zbyt dominująca, jego mowa ciała przestaje być oparciem – a staje się barierą. Może sygnalizować kontrolę, zablokowaną ekspresję, a nawet przemoc symboliczną:
„To ja rządzę, a ty się podporządkuj.”

Kapłanka i jej tajemnice

Refleksyjnie o jednej z najcichszych kart Tarota

Są karty, które widuję częściej, i są też takie, które przemykają gdzieś podczas tasowania i rzadko dostają się na tarotowy stolik. Kapłanka swego czasu pojawiała mi się systematycznie – szczególnie w okresie pandemii, gdy wszyscy zostaliśmy zamknięci w domach, z dala od zewnętrznego świata. To był czas zanurzenia się w siebie, czas przymusowego milczenia i ciszy – dokładnie tej przestrzeni, z której Kapłanka czerpie swoją siłę.

Nie bez powodu przypisuje się jej znak Raka oraz Księżyc. Rak to przodownik, jeśli chodzi o skrywanie swojego wnętrza pod twardą skorupą. Kapłanka natomiast symbolizuje dostęp do podświadomości, do miejsc w nas, które są ciche, ciemne, ale pełne życia. Choć pozostaje bierna – ona siedzi i czeka – to jej obecność jest bardzo wymowna. Często porównuje się ją do Maryi Dziewicy – uosobienia cichej zgody, duchowej pokory, oczekiwania na znak.

W astrologicznym ujęciu Kapłanka rezonuje najmocniej z Księżycem, który reprezentuje nieświadomość, emocje i intuicję. Księżyc nie świeci sam – odbija światło Słońca, tak jak Kapłanka nie działa, lecz odbiera. Jej obecność przypomina taflę wody – niczego nie inicjuje, ale odbija każdą energię, każde poruszenie. To czysta receptywność.

Żywioł Wody, do którego przynależy, nie jest jednak chaotyczny – to raczej głęboka toń niż rwący nurt. Kapłanka zachęca, by zatrzymać się, zamiast działać, by zaufać temu, co płynie z wnętrza. I właśnie wtedy, gdy pojawia się w rozkładzie, niemal słyszę, jak mówi: „Nie rób nic. Słuchaj. Odpowiedź już jest w tobie.”

Nie mam złych doświadczeń z tą kartą. Być może dlatego, że nie stosuję odwróceń – Kapłanka zawsze przychodzi do mnie jako znak, by wycofać się, zatrzymać, zaufać wewnętrznej mądrości. To nie jest zwykłe czekanie. To aktywne zanurzenie się w ciszę, które wymaga odwagi i wewnętrznej pracy.

Pamiętam sytuację, gdy pojawiła się jako karta dnia – tego dnia wiele osób pisało do mnie z prośbą o poradę. W innym przypadku – na pytanie, jak będzie przebiegał kurs języka angielskiego – wyskoczyła mi właśnie Kapłanka. Było to jeszcze przed ogłoszeniem pandemii. Zajęcia przeniesiono do Internetu. Kontaktowaliśmy się z nauczycielką zdalnie – telefonicznie, przez komunikatory. Kapłanka często wskazuje właśnie taki niefizyczny kontakt, subtelny, pośredni, czasem nawet metafizyczny.

To także karta osób zajmujących się ezoteryką, duchowością, astrologią, Tarotem – wszystkim, co wykracza poza to, co widać. Nic dziwnego, że wielu tarotystów utożsamia się z tą kartą na jakimś etapie swojego rozwoju.

Kapłanka jest też obecna w kabalistycznym systemie Drzewa Życia, gdzie odpowiada literze Gimel (ג) – co oznacza „wielbłąda”. To symbol duchowej podróży przez wewnętrzną pustynię. Nie chodzi tu o działanie, lecz o przemierzanie głębin duszy w ciszy i zaufaniu. To wędrówka, w której nie pytamy o cel – idziemy, bo coś w nas prowadzi.

Nie daje gotowych odpowiedzi. Zamiast tego zaprasza do kontemplacji. Zamiast decyzji – zadaje pytanie: „Co czujesz, kiedy o tym myślisz?”. Kapłanka uczy nas zaufania do wewnętrznego kompasu, nawet jeśli wszystko na zewnątrz mówi: „działaj”.

7 Monet – czekaniu nie ma końca

Spotkałam się kiedyś z bardzo trafnym opisem 7 Monet. A mianowicie: kiedy przyszliśmy pod zamknięty sklep, żeby zrobić zakupy, i nie wiadomo, kiedy go otworzą, bo brak wywieszki. I tak siedzimy, siedzimy i czekamy na otwarcie, a czas niemiłosiernie się dłuży. W końcu tracimy jakąkolwiek nadzieję na jego otwarcie i zaczynamy myśleć, że nici z zakupów.

Dla mnie sednem tej karty jest czekanie, które niemiłosiernie się dłuży i w sumie nie wiadomo, na co czekamy. Na karcie 7 Monet narysowanej przez Pamelę Colman Smith według pomysłu Ridera Waite’a (inaczej mówiąc: talia RSW i późniejsze na niej wzorowane) mamy dorodny krzak, a obok niego, oparty o łopatę, stoi człowiek. Jego pozycja wskazuje na wyczekiwanie, może już lekkie znudzenie sytuacją – krzak jednak powinien w końcu zaowocować i przynieść profit.

Jako że karta należy do dworu Monet, rozkłady, które zawierają tę kartę, opisują sytuacje, w których istotny jest czas. Czas, który się wlecze, przeciąga, dłuży, ale jest szansa, że ten poświęcony na czekanie czas zostanie wynagrodzony, a plon się pojawi.

Piszę o tej karcie dziś, bo pojawiła mi się w rozkładzie tygodniowym, mówiąc o wtorku. A ja już wcześniej obiecałam sobie, że będę w końcu robić notatki – może coś kiedyś z tego wyjdzie. (Jak nic, sytuacja 7 Monet :D).

A więc, wtorek zaczął się od czwartego podejścia do badania krwi u mojego autystycznego dziecka. Tym razem mieliśmy pojawić się na oddziale szpitala, żeby młodemu można było podać dodatkową porcję czegoś na zrelaksowanie. Poprzednie próby kończyły się niepowodzeniem z racji totalnej histerii młodego. Czas trochę się przeciągał – zapodano dodatkowe medykamenty. Wszyscy czekaliśmy, aż zadziałają i wprawią moje dziecko w lekką senność.

Młody ostro walczył sam ze sobą, chodząc po gabinecie i nie dając się zmóc z nóg lekom. W końcu, wraz z trzema pielęgniarkami, zaczęłyśmy robić „podchody”, by założyć opaskę uciskową na rękę. Po 20 minutach się udało. Szybkim ruchem młody wylądował na moich kolanach, objęty przeze mnie obiema rękami i jedną nogą. Szczerze podziwiam refleks pielęgniarek – udało im się pobrać cztery duże fiolki. I tak oto zakończyliśmy półroczne podchody z pobieraniem krwi.

Muszę przyznać, że kiedy zobaczyłam na wtorek tę kartę, miałam nadzieję na pozytywne zakończenie sprawy.

Po południu pojechałam z dzieckiem do księgarni. Po zakupach chciałam przysiąść na kawę – obeszliśmy trzy kawiarnie, ale wszędzie były długie kolejki. Stwierdziłam, że podjedziemy niedaleko domu, gdzie mamy też kawiarnię, i zrobimy sobie spacer. Czekała mnie miła niespodzianka, bo lokal był prawie pusty, a ja miałam z dzieckiem miejsce VIP na kanapach. Młody chętnie przysiadł z książkami, a ja delektowałam się moją pistacjową latte.

Biorąc do ręki telefon, zauważyłam, że mam nieodebrane połączenie z salonu fryzjerskiego. Nie miałam jak oddzwonić w tamtym momencie, więc odłożyłam to na później. W międzyczasie dostałam wiadomość tekstową z prośbą o potwierdzenie rezerwacji na piątek – salon miał się odezwać już tydzień temu… Odłożyłam sprawę na kolejny dzień, bo czekała mnie rozmowa dotycząca rezygnacji z rezerwacji (nie byłam zadowolona z ostatniej wizyty; chodziłam na poprawkę, po której z automatu wpisali mnie na kolejny termin za 6 tygodni. Wiedziałam, że już tam nie wrócę).

7 Monet pokazuje czekanie i rezultat – otrzymujemy go tylko wtedy, gdy włożyliśmy odpowiednie starania i cierpliwość. Idąc na skróty lub po łebkach, plonu może nie być, albo będzie on marny.

Po powrocie do domu zaczęłam się zastanawiać, kiedy dotrze do mnie kurier z paczką, bo nie otrzymałam żadnego numeru do śledzenia przesyłki – znów 7 Monet. Paczka idzie, ale nie wiadomo kiedy dojdzie. A ja już lekko się niecierpliwiłam.

Kurier dotarł tego samego dnia.

Cesarzowa- i wszystko idzie jak po maśle

Kiedy karta Cesarzowej pojawia się jako karta dnia, wiem jedno – przede mną dzień pełen obfitości i małych przyjemności. To czas, kiedy wszystko układa się tak, jakby świat postanowił spełniać moje zachcianki. Idealny moment na zakupy! Czasem wybieram się na miasto, a wtedy coś dosłownie krzyczy do mnie z witryny sklepowej – ostatnio był to czarny, mięciutki jak chmurka sweterek, który pięknie połyskiwał w świetle. Innym razem to kurierzy pukają do moich drzwi, przynosząc paczki z moimi online’owymi zdobyczami – różnościami, które idealnie trafiają w mój gust.

Cesarzowa w Tarocie to czysta esencja dostatku i przepychu. To, czego pragniesz, po prostu masz. Nie musisz kombinować, kalkulować czy stresować się finansami – wystarczy sięgnąć, zapłacić i cieszyć się tym, co Twoje. To karta osób, które opływają w dostatek, żyjąc w harmonii z tym, co je otacza.

Dziś Cesarzowa poprowadziła mnie w stronę ogrodu. Powietrze pachniało nadchodzącą zimą, a liście szeleściły pod stopami, przypominając o ostatnich przygotowaniach przed mroźnymi dniami. Moim priorytetem było zabezpieczenie dali – te delikatne kwiaty musiały znaleźć schronienie przed chłodem. Zabrałam się też za organizację przestrzeni w domu dla roślin, które mogą przezimować w cieple i jednocześnie zdobić zimowe widoki za oknem.

Jestem z siebie dumna, bo znalazłam idealne miejsce dla mojej kolekcji pelargonii – teraz będą rozświetlały salon swoimi barwami. Eksperymentalnie wniosłam do domu również begonie, ciekawa, jak poradzą sobie w nowych warunkach. Jednak największym wzruszeniem była dla mnie doniczka z petuniami, które wyrosły na trawniku przy huśtawce zupełnie niespodziewanie. W sierpniu, kiedy powinny już przekwitać, postanowiły zakwitnąć – jakby na przekór porom roku. Przesadziłam je i trwały aż do dziś, próbując wypuścić kolejny błękitny kwiat, mimo że chłód już wisiał w powietrzu.

Nie, nie zmieniam mojego bloga w pamiętnik ogrodnika-amatora! Ale nie da się ukryć, że dzisiejsza Cesarzowa zrealizowała się w pełnej krasie. To był dzień harmonii z naturą, dbania o piękno i otaczania się roślinnym bogactwem.

Jakby tego było mało, karta spełniła się też w najbardziej dosłowny sposób – „co chcę, to mam”. Już po pierwszym mailu do pracy w mojej skrzynce pojawiły się dokumenty, o które prosiłam, a poranek zaczęłam od wizyty kuriera, który punktualnie o 7:30 przyniósł mi paczkę.

Cesarzową mogłabym widywać codziennie w swoich rozkladach 🙂

Diabeł i jego występki

Pomysł, by podzielić się moimi przygodami związanymi z kartą Diabła, pojawił się dzisiaj spontanicznie – zainspirowany wpisem na jednym z facebookowych forów. Karta Diabła fascynuje i intryguje – potrafi pobudzać wyobraźnię, prowokować, a czasem nawet wywoływać rumieńce, w zależności od tego, jak głęboko i swobodnie pozwolimy naszej fantazji odpłynąć. Jej symbolika niemal odruchowo przywodzi na myśl pewne, dość pikantne skojarzenia.

Dla wielu osób widok dwóch nagich postaci w towarzystwie potężnej, tajemniczej figury Diabła natychmiast budzi obrazy flirtu, zakazanego romansu, miłosnych ekscesów – a przynajmniej przyspiesza bicie serca i wywołuje subtelny dreszcz ekscytacji. Uff! A przecież ta karta sięga znacznie głębiej niż sfery cielesnej przyjemności.

Dla mnie Diabeł jest wyjątkowo wyrazistą kartą i – szczerze mówiąc – jedną z tych, które najłatwiej mi się odczytuje. Mówi o sytuacjach utknięcia, o niemożności wyjścia z czegoś, co nas ogranicza. Jeśli więc ktoś oczekuje przełomu, a karta Diabła pojawia się w rozkładzie, to znak, że sytuacja prędko się nie zmieni.

Pamiętam, jak pewnego razu znajoma zwróciła się do mnie z prośbą o postawienie kart, będąc już niemal zdecydowana na rozstanie z mężem. Miała wiele rozterek, ale czuła, że nadszedł czas, by zamknąć ten rozdział i rozpocząć nowy etap w życiu. Jednak to właśnie Diabeł wskazał, że mimo wewnętrznego pragnienia wolności nie podejmie tego kroku. Zamiast tego pozostanie w związku – z lęku przed konsekwencjami materialnymi. I rzeczywiście – nie tylko nie odeszła, ale zdecydowała się na kolejne dziecko, a mąż, chcąc umocnić swoją pozycję, przeprowadził rodzinę do innego miasta, jeszcze bardziej uzależniając ją od siebie.

Diabeł to karta trudnych relacji i decyzji – związków, które trwają, bo wygodnie jest tkwić w znanych schematach. Pokazuje jednak, że nawet najbardziej ograniczające układy można przełamać, jeśli tylko podejmiemy ryzyko. W końcu to my sami decydujemy, czy wybierzemy bezpieczeństwo i komfort, czy też odważymy się na trudną, lecz wyzwalającą drogę wolności.

8 Monet i dopracowywanie szczegółów

Wygląda na to, że wyjdzie cykl z serii „Co niosą karty dzienne” – uważam, że warto to odnotować, może kiedyś okaże się to jeszcze bardziej przydatne :).

A więc, co kryje się za 8 Monet?

Nie traktowałam tej karty jako złego omenu, zresztą dwór Monet nie jest stricte negatywny (może poza 5 Monet, która lekko odstaje). 8 Monet to karta, którą na własny użytek nazwałam „dopracowywanie szczegółów”. Pokazuje mi sytuację, w której coś już trwa, potrzeba tylko wprowadzić pewne poprawki, i będzie dobrze. A może nawet lepiej. Poświęcamy na to nasz czas (jak to w Monetach).

Dzisiejsza 8 Monet niczym się pod tym względem nie różniła, choć nie spodziewałam się takiego obrotu spraw, jaki finalnie nastąpił.

Sobota nie zapowiadała się szczególnie wyjątkowo. Zeszło trochę ze śniadaniem, a potem przypomniałam sobie, że od kilku dobrych miesięcy nie byłam z moim dzieckiem na trampolinach. Pomyślałam, że warto odświeżyć to doświadczenie. Młody bardzo ucieszył się z pomysłu, więc szybko się zebraliśmy i przed południem byliśmy już w autobusie. Na trampolinach było spokojnie, nie było tłoczno ani dziko, jak to czasem bywa w soboty, więc można było swobodnie poskakać.

Pomyślałam, że może uda mi się przysiąść na kawę, jeśli przekupię dziecko zakupem w księgarni. Poszliśmy do sąsiadującej galerii, gdzie znajduje się wypasiona, dwupoziomowa księgarnia. Syn od razu wystrzelił na drugie piętro, jakby wiedział, czego chce. Rozglądał się wśród regałów, jakby dokładnie wiedział, czego szuka. Dopadł półkę z książkami podróżniczymi i pilnie studiował ich zawartość, z radością chwytając przewodnik po Rejkiawiku. Potem wziął jeszcze dwie książki z poradników o Zoomie i pognał na dół, do działu dziecięco-młodzieżowego. Tam zaczęły się przepychanki, bo Młody chciał dorzucić jeszcze dwie książki i zestaw o piłkarzach. Mi już para uszami zaczynała iść, a i z trudem łapałam oddech, licząc, ile ta „łapówka” za kawę w Costa może mnie kosztować.

Udało mi się zredukować jego wybór do trzech książek. Przy kasie moje dziecko nie odpuszczało i wertowało różne przydasie, dodając do rosnącego rachunku. Kasjer patrzył na mnie jak na wariata, kiedy podałam mu kartę lojalnościową jednego ze sklepów spożywczych zamiast tej z księgarni. Do tego moje dziecko krążyło wokół, kompulsywnie dorzucając nowe rzeczy. Tu muszę przystanąć i dodać, że moje dziecko to niewerbalny 10-letni autystyk, więc nasze wspólne zakupy wyglądają tak, jak opisałam – bez upiększeń. Wychodząc ze sklepu, mój młody zaczął łapać książki znajdujące się w zasięgu jego rąk, a ja niemalże jednocześnie chwytałam go za kaptur, odstawiając to, co złapał, i trzymając siatki z zakupami oraz swoją torebkę. Moja cierpliwość, wspomagana zestawem witamin, ledwo nadążała.

Wypadliśmy z księgarni i na jednym wdechu skierowałam się do kawiarni. Tam, o dziwo, usiedliśmy, a dziecko, zadowolone z siebie i zakupów, zaczęło przeglądać „Zoom for dummies”. Myślałam, że to będzie koniec naszych przygód, ale jakże się myliłam. Karta dnia miała dopiero się zrealizować. Syn wymyślił, że chce pójść na spacer do ciotki, co oznaczało zahaczenie o lokalny charity shop, by kupić książki. Przez całą drogę tłumaczyłam synowi, że jeśli kolejny raz wpadnie jak burza do sklepu, będzie popychać, biegać i zasypywać mnie, kasjerkę oraz innych ludzi rzeczami, które wybrał, to będzie to nasza ostatnia wizyta w sklepie.

Ku mojemu zdziwieniu, faktycznie, wchodząc do sklepu z używanymi rzeczami, syn zachował spokój i normalnym krokiem podszedł do półki z książkami. Wybrał trzy pozycje i spokojnie udaliśmy się do kasy. Młody cierpliwie czekał, aż zapłacę, a pani zaproponowała, że będzie nam odkładać książki, które i tak by wyrzuciła, i możemy do niej zajrzeć w piątek lub sobotę. To było bardzo miłe z jej strony i mocno mnie zaskoczyło (tu również widzę ślad 8 Monet). Spacerem poszliśmy do ciotki.

Wieczorem udało nam się umyć głowę – co zwykle kończy się potopem w łazience – a tym razem poszło spokojnie i bez zalania całego pomieszczenia.

8 Monet w rozkladach pokazywała mi często pracę nad kontaktem i utrzymaniem znajomości. Wprowadzanie pewnych ulepszeń, modyfikacji w zależności od kontekstu pytania.