“I co wtedy?” – Czego nauczył mnie Chiron

Temat Chirona od dłuższego czasu mocno mnie fascynuje. Być może dlatego, że urodzeniowo mam ścisłą koniunkcję Chirona ze Słońcem i z wiekiem coraz bardziej widzę, jak bardzo wpływa ona na realizację całego horoskopu.
W astrologii psychologicznej Słońce opisuje się jako centrum naszej tożsamości — poczucie prawa do istnienia, bycia widzianym, zajmowania własnego miejsca. I chyba właśnie tam najmocniej działa u mnie Chiron. Nie tyle przez wielkie dramaty, ile przez lata niewidzialności.

Dopiero z perspektywy czasu zaczęłam się zastanawiać, ile z tego wszystkiego zaczęło się dużo wcześniej. W dzieciństwie bardzo często słyszałam, żeby „nie być egoistką”, „nie chcieć za dużo”, „nie robić problemów”. I chyba gdzieś po drodze nauczyłam się, że moje potrzeby najlepiej schować głęboko, żeby nikomu nie przeszkadzały.
Przez bardzo długi czas funkcjonowałam tak, jakby inni byli ważniejsi ode mnie. Jakby wszystko można było ze mną zrobić, a ja i tak na końcu miałam się uśmiechnąć, podziękować i jeszcze przeprosić, że w ogóle sprawiłam problem. Konflikt? Konfrontacja? Postawienie granicy? Sam pomysł wydawał mi się czymś niemal agresywnym.
Dlatego tranzyt Chirona przez mój 7 dom okazał się tak ważny. Nie był jednym wydarzeniem. Bardziej serią relacji i sytuacji, które konsekwentnie pokazywały mi miejsca, gdzie sama oddaję innym władzę nad sobą.
I tutaj muszę zgodzić się z astrologami opisującymi Chirona jako proces bolesnego uświadamiania, a nie „miłego uzdrawiania”. Leczenie przez Chirona nie przypomina pobytu w luksusowym spa z jacuzzi i prosecco. Bardziej trening crossfitu. Człowiek wychodzi zmęczony, obolały i momentami ma ochotę rzucić hantlem w ścianę — ale jednocześnie odkrywa, że jednak ma mięśnie, o których wcześniej nie miał pojęcia.
Chiron ostatnie lata swojego pobytu w znaku Barana spędził w moim 7 domu i jak każdy mocniejszy tranzyt przez dom kątowy — bardzo wyraźnie zaznaczył swoją obecność. Nie było jednego wielkiego wydarzenia. Bardziej cały ciąg historii związanych z relacjami, rozczarowaniami i stopniowym odzyskiwaniem siebie.
Bo dom 7 to nie tylko związki romantyczne. To również wszelkiego rodzaju relacje, układy, zależności i sposób, w jaki funkcjonujemy wobec innych ludzi. A ja przez długi czas funkcjonowałam głównie „wobec”. Rzadziej „dla siebie”.
Wejście Chirona na Descendent zbiegło się z moim wejściem w świat randek online po rozwodzie. Poznałam wtedy mężczyznę, z którym znajomość trwała około dwóch miesięcy. To była jedna z tych relacji, które bardziej uczą niż dają szczęście. Bardzo szybko zobaczyłam, że człowiek może mówić jedno, robić drugie, a jednocześnie zostawiać sobie kilka dodatkowych opcji „na wszelki wypadek”.
Mniej więcej w tym samym czasie poznałam też kobietę, z którą omawiałam swój horoskop. Początkowo widziałam w niej autorytet. Byłam zachwycona jej wiedzą i sposobem bycia. Z czasem jednak ten obraz zaczął pękać. Dziś mam pretensje głównie do siebie, że tak łatwo oddałam komuś pozycję „mądrzejszego ode mnie”. Ta relacja bardzo precyzyjnie pokazała mi moje słabe punkty — potrzebę aprobaty, zachwyt autorytetami i trudność w stawianiu granic.
Rok 2020 jeszcze dobrze się nie skończył, a na scenę wkroczył kolejny internetowy randkowicz. Ta znajomość trwała około czterech miesięcy i zakończyła się w sposób wręcz symboliczny dla całego tamtego okresu. To ja zakończyłam tę relację, a urażona męska duma najwyraźniej postanowiła zabrać ze sobą pamiątkę w postaci mojego telefonu. Dzisiaj brzmi to niemal absurdalnie, ale wtedy bardziej przeżywałam cały emocjonalny chaos wokół tej sytuacji niż sam fakt, że ktoś zwyczajnie przekroczył granice przyzwoitości.
Kilka miesięcy później wróciłam po covidowej przerwie do pracy w hotelu. Tym razem jednak nie na spokojniejsze stanowisko, do którego wcześniej przywykłam, ale na housekeeping. I tutaj mam wrażenie, że Chiron postanowił przeprowadzić ze mną bardzo „praktyczne szkolenie” z poczucia własnej wartości.
Praca pokojówki kompletnie rozbiła moje wyobrażenia o sobie. Średnio szesnaście pokoi do posprzątania w czasie krótszym niż szesnaście minut na pokój — razem z przemieszczaniem się po korytarzach, uzupełnianiem wózka i szybkim lunchem połykanym gdzieś pomiędzy kolejnymi piętrami. Do tego ciągłe poczucie, że człowiek jest za wolny, za słaby, niewystarczający.
Najgorsze jednak nie było samo zmęczenie fizyczne. Bardziej poczucie, że ciągle muszę zasługiwać na swoje miejsce — w pracy, w domu, w relacjach. Jakbym nie miała prawa po prostu istnieć bez ciągłego udowadniania swojej wartości.
W domu również nie brakowało napięć. Mieszkałam wtedy z siostrą, która sama przechodziła swój własny „chironowy rollercoaster”. Były konflikty, przemęczenie, poczucie ścisku i ciągłego dostosowywania się do siebie nawzajem. W czasie covidu do naszego mieszkania bardzo szybko wprowadził się jej nowy partner — człowiek przekonany, że jest zbyt piękny i egzotyczny, by dokładać się do rachunków. Egipska krew najwyraźniej nie przewidywała opłat za czynsz. Po kilku miesiącach zniknął również on. Tym razem razem z pieniędzmi przeznaczonymi na mieszkanie.
Patrząc z perspektywy czasu, widzę jednak pewną wspólną nitkę tych wszystkich historii. Nie chodziło wyłącznie o „złych ludzi”. Bardziej o to, że ja sama przez lata oddawałam innym prawo do definiowania mojej wartości. Za bardzo chciałam być lubiana. Za bardzo bałam się konfliktu. Za bardzo wierzyłam, że jeśli będę wystarczająco wyrozumiała, cierpliwa i pomocna, to w końcu ktoś to doceni.
Gdzieś pomiędzy tym wszystkim przewijały się też różne internetowe znajomości — dużo rozmów, emocjonalnych projekcji i obietnic bez większego pokrycia w rzeczywistości. A ja chłonęłam to wszystko jak młody pelikan, bardziej zakochana w potencjale relacji niż w tym, co faktycznie dostawałam od ludzi.
Z pracy odeszłam pewnego majowego popołudnia po serii wyjątkowo nieprzyjemnych sytuacji. Wtedy wydawało mi się to końcem świata. Dziś myślę, że był to początek wychodzenia z życia, które coraz mniej było moje.
Kilka miesięcy później siostra dostała nowe mieszkanie. Na początku czułam żal i lęk przed samotnością. Dzisiaj patrzę na swoje życie zupełnie inaczej. Po raz pierwszy od dawna mam poczucie spokoju i przestrzeni. I bardzo dobrze rozumiem dziś ideę osobnych domów Heleny Bonham Carter i Tima Burtona.
Bo chyba pierwszy raz w życiu naprawdę poczułam, że mogę istnieć po swojemu.
I co ciekawe — ten proces wciąż trwa, tylko dziś widzę go dużo wyraźniej niż kilka lat temu. Ostatnio mocno uświadomiła mi to relacja z koleżanką. Złapałam się na tym, że znowu oddaję swój czas, uwagę, energię i przestrzeń komuś, kto właściwie głównie bierze. Rozmowy kręcą się wokół jej problemów, moje potrzeby schodzą na dalszy plan, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim pojawia się oczekiwanie, że jeszcze „na dokładkę” zrobię karty, wysłucham, nakarmię i emocjonalnie zaopiekuję sytuację.
I po raz pierwszy zamiast automatycznie tłumaczyć drugą stronę, poczułam zwyczajne: „ale dlaczego właściwie ja mam się na to godzić?”.
To było dla mnie bardzo Chironowe odkrycie. Bo chyba właśnie na tym polegało moje uzdrawianie — nie na tym, że świat nagle stał się pełen cudownych ludzi, ale że coraz szybciej widzę moment, w którym sama zaczynam oddawać siebie kawałek po kawałku.
I może właśnie dlatego końcówka tego tranzytu nie przynosi mi już wyłącznie bólu czy chaosu, ale przede wszystkim świadomość. Coraz wyraźniej widzę, jakie relacje mnie osłabiają, a jakie naprawdę karmią. Coraz szybciej wyłapuję moment, w którym znowu próbuję zasłużyć na uwagę, zamiast po prostu być sobą.
Chiron nie zabrał mi relacji. Bardziej zmienił kryteria tego, na co jestem gotowa się zgodzić.
Kiedyś bałam się, że postawienie granicy sprawi, że ktoś się obrazi, odejdzie albo uzna mnie za egoistkę. Dzisiaj coraz częściej myślę: „i co wtedy?”.

Comments

Leave a comment