Kamień w bucie, Neptun i Tomasz z platformy wiertniczej

Piszę właściwie tylko wtedy, kiedy czuję, że muszę się czymś podzielić. No normalnie muszę napisać, bo się uduszę.
Tym razem zeszło na pewien niewygodny aspekt astrologiczny, jakim jest kwinkunks.
Kwinkunks nie należy do podstawowego zestawu aspektów, od których zwykle zaczyna się naukę astrologii. Można więc spokojnie ugotować horoskop bez niego. Tylko że to trochę jak z zupą. Możesz wrzucić wszystkie podstawowe składniki i będzie dobra. Ale czasem dodajesz szczyptę czegoś, co teoretycznie nie jest niezbędne, i nagle okazuje się, że właśnie tego brakowało, żeby smak się zgadzał.
Ja kwinkunksa kiedyś przećwiczyłam na sobie, po czym uczciwie przyznaję — trochę o nim zapomniałam.
A szkoda.
Bo ostatnio przypomniał mi o sobie w sposób dość spektakularny.
Najpierw jednak: czym właściwie jest kwinkunks?
Najlepsze porównanie, na jakie kiedyś trafiłam, to kamień w bucie.
Idziesz.
Czujesz, że coś tam gniecie. Jest niewygodnie, ale w sumie nie na tyle, żeby zatrzymywać się na środku chodnika, zdejmować but, wytrzepywać go i robić z całej sprawy wydarzenie dnia.
Więc idziesz dalej.
Zaczynasz trochę inaczej stawiać stopę. Przesuwasz palce. Po jakimś czasie nawet się przyzwyczajasz. Kamyczek gdzieś się przesuwa i przez chwilę myślisz: o, dobra, po problemie.
Nie.
Za chwilę przesunął się w inne miejsce i znowu gniecie.
No to znowu zaczynasz chodzić trochę inaczej.
I właśnie to jest dla mnie istotą kwinkunksa. Nie wielka katastrofa. Nie awantura. Nie ściana, przez którą nie da się przejść. Raczej coś, co ciągle wymaga drobnych korekt, bo nigdy do końca nie chce się wygodnie ułożyć.
I gdy ostatnio zaczęłam się nad tym zastanawiać, uświadomiłam sobie, że życie właśnie zafundowało mi całą serię takich kamyczków.
Najpierw zamawiałam mamie krem. Przy zamówieniu miała być darmowa próbka, całkiem cenna, bo warta około dwudziestu funtów. Próbka zniknęła. No to piszę do customer service.
Jestem na brytyjskiej stronie. Piszę po angielsku.
Support odpowiada mi po niemiecku.
Oczywiście.
Kremu do przetestowania nie będzie, przepraszają, ale w ramach rekompensaty obiecują błyszczyk.
Liczyłam na krem.
Dostałam błyszczyk.
Życie.
Potem gram sobie spokojnie w szachy. Szachy są moją odskocznią. Człowiek przesuwa pionki, myśli o gambitach, nie o życiu. Od słowa do słowa zaznajamiam się z jakimś sympatycznym gościem. Przenosimy rozmowę na Instagram.
I tam dowiaduję się, że ma 17 lat.

Dobrze.
Wracamy do szachów.
I wtedy pojawia się Tomasz.
Tomasz z platformy wiertniczej
Tomasz zasługuje na osobny akapit. Właściwie na kilka.
Poznajemy się na Instagramie. Tomasz pisze po polsku. Teoretycznie.
Jest to jednak taki rodzaj polskiego, przy którym człowiek zaczyna się zastanawiać, czy język ojczysty przypadkiem nie przeszedł właśnie aktualizacji systemu, której nie zainstalował.
Tomasz ma historię. Oczywiście, że ma historię.
Pracuje na platformie wiertniczej w Malezji.
Bo przecież nie może być hydraulikiem z Radomia.
To byłoby za proste.
Rozmowa z Tomaszem szybko zaczyna przypominać serial, którego scenarzysta dostał gorączki, ale producent nie pozwolił przerwać zdjęć. Pojawiają się dziwne konstrukcje językowe, próby przenoszenia rozmowy poza Instagram, niejasności, wielkie życiowe tematy, a nawet — w pewnym momencie — gołębie.
Tak. Gołębie.
Do dziś uważam, że gołębie były jednym z mocniejszych momentów tej historii.
Za każdym razem wydaje mi się, że właśnie nastąpił finał. Kurtyna. Tomasz odpływa w siną dal, zapewne w stronę swojej platformy wiertniczej.
A potem…
Tomasz wraca.
Z nowym zdaniem.
Nową historią.
Nową próbą.
I właśnie wtedy mnie olśniło.
Tomasz jest kwinkunksem.
Nie dosłownie, oczywiście. Nie znam horoskopu Tomasza i, szczerze mówiąc, mam już wystarczająco dużo problemów z ustaleniem, czy Tomasz jest Tomaszem.
Chodzi o mechanizm.
Tomasz jest dokładnie jak ten kamień w bucie.
Upierdliwy? Trochę.
Dziwny? Bardzo.
Czy zrobię z jego powodu coś radykalnego?
Nie.
Nie usunę Instagrama, bo Tomasz z platformy wiertniczej postanowił na nim istnieć.
Więc przesuwam stopę i idę dalej.
I wtedy przypomniałam sobie o swoim własnym kwinkunksie.
Słońce i Neptun
Mam w horoskopie kwinkunks Słońca z Neptunem. I nie jest to aspekt, który trzeba oglądać przez lupę i zastanawiać się, czy w ogóle istnieje.
Moje Słońce znajduje się na 26°18′ Byka, a Neptun na 26°26′19″ Strzelca. Do ścisłości kwinkunksa brakuje około ośmiu minut łuku. Co więcej, aspekt jest aplikacyjny — Słońce zmierza ku jego dokładności.
W astrologicznej interpretacji tak ścisłemu aspektowi trudno nie poświęcić uwagi.
Słońce symbolicznie wiążemy między innymi ze świadomością, tożsamością, tym, co widoczne, ale również z figurami męskimi. Neptun natomiast uwielbia mgłę. To, co niejasne, niedopowiedziane, ukryte, wyobrażone, idealizowane. Granicę pomiędzy tym, co widzimy, a tym, co nam się wydaje.
I nagle pomyślałam:
Zaraz. Zaraz. Zaraz.
Tomasz wcale nie jest pierwszy.
Mężczyzna, który nie może po prostu powiedzieć: „Cześć, jestem Janek”
Pierwszy chłopak zdobył mój numer telefonu od swojego kolegi, którego wcześniej spławiłam. Kiedy zadzwonił, nie powiedział mi tego od razu. Na początku stworzył inną historię — że podobno poznaliśmy się gdzieś na czacie.
To były początki internetu w Polsce. Wtedy takie rzeczy miały jeszcze pewien romantyczny posmak, bo człowiek nie wiedział, że za dwadzieścia kilka lat połowa internetu będzie próbowała sprzedać mu kryptowaluty albo pisać z platformy wiertniczej.
Później się przyznał.
Kolejna historia: znajomy mojej siostry pomagał mi, funkcjonując przez pewien czas jako swoje własne alter ego.
Jeszcze inna: mój nauczyciel z podstawówki odezwał się do mnie po trzydziestu latach na Facebooku — z fałszywego konta. W jego przypadku powód był akurat bardzo konkretny: charakter późniejszej pracy nie pozwalał mu swobodnie korzystać z takich miejsc. Wiedziałam zresztą wcześniej, dokąd odszedł po rezygnacji z nauczania.
Czyli nie zawsze chodziło o oszustwo.
I to jest ważne.
Czasami za zasłoną rzeczywiście kryło się kłamstwo. Innym razem prywatność, okoliczności albo zwykła potrzeba ukrycia tożsamości.
Ale zasłona była.
I wtedy zrobiło się jeszcze śmieszniej.
Bo zaczęłam myśleć o postaciach, które fascynowały mnie w książkach, filmach i opowieściach.
Zorro.
Facet w masce prowadzący podwójne życie.
Upiór w operze.
Facet w masce, ukrywający twarz i żyjący poza normalnym światem.
Długonogi Tata.
Tajemniczy dobroczyńca, którego tożsamości bohaterka przez długi czas nie zna.
W tym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy Neptun naprawdę musiał zostawiać mi jeszcze jakieś wskazówki.
Może neon?
MARTA. FACET ZA ZASŁONĄ. TUTAJ.
Tylko uwaga na kropki
I właśnie tutaj historia robi się ciekawsza.
Bo mam pewną tendencję: kiedy coś mi nie pasuje, zaczynam szukać wyjaśnienia.
Jedna kropka.
Druga.
Trzecia.
Łączę.
O, jest obrazek!
Tylko że czasami można połączyć kropki, które wcale nie należą do tego samego obrazka.
Spójna historia nie musi być historią prawdziwą.
I może właśnie tutaj Neptun robi się dla mnie najciekawszy. Nie jako magiczne wyjaśnienie, dlaczego w moim życiu pojawiają się zamaskowani mężczyźni, tylko jako symbol tego napięcia pomiędzy tym, co wiem, tym, co czuję, a tym, co sobie dopowiadam.
Coś mi nie gra.
Ale nie mam jeszcze faktów.
Więc próbuję poprawić obraz.
Przesuwam jedną kropkę. Dodaję drugą. Patrzę ponownie.
Dokładnie tak, jak poprawia się stopę, kiedy w bucie siedzi kamień.
I dlatego nie olewam kwinkunksa
Nie uważam, że bez kwinkunksów nie da się interpretować horoskopu.
Da się.
Tak samo jak da się ugotować zupę bez tej jednej przyprawy.
Ale czasami właśnie ten drobny element tłumaczy coś, czego nie potrafiły wyjaśnić wielkie, oczywiste aspekty.
Kwinkunks nie musi przewracać życia do góry nogami.
Może po prostu uwierać.
Zmusić do drobnej korekty.
Potem następnej.
I następnej.
Aż któregoś dnia patrzysz na swoje życie, pierwszego chłopaka, alter ego znajomego, nauczyciela z fałszywego Facebooka, Zorro, Upiora w Operze, Długonogiego Tatę i Tomasza z platformy wiertniczej w Malezji…
…i myślisz:
No dobra, Neptun. Widzę cię.
Chociaż przy Neptunie chyba nigdy nie należy być tego całkowicie pewnym.

··················

Comments

Leave a comment